1. Czy tradycja musi wyglądać tradycyjnie?
Kiedy mówimy o tradycyjnym domu, zwykle dość szybko pojawia się w głowie konkretny obraz. Dwuspadowy dach, drewno, niewielkie okna, czasem kamienny cokół, ganek albo okiennice. W różnych regionach ten zestaw będzie wyglądał trochę inaczej, ale mechanizm jest podobny. Tradycję najczęściej rozpoznajemy po tym, co widzimy z zewnątrz, czyli po formie, materiale i charakterystycznych detalach.
Przez ostatni tydzień próbowałem spojrzeć na ten temat inaczej. Nie interesowało mnie samo pytanie, jak zaprojektować współczesny dom, żeby przypominał dawny. Bardziej chciałem zrozumieć, skąd właściwie brała się forma tradycyjnej architektury i czy coś z tego sposobu myślenia nadal może być przydatne.
Dawny dom nie otrzymywał określonego kształtu dlatego, że ktoś wybrał odpowiadający mu styl. Jego wygląd był wynikiem wielu praktycznych decyzji, które przez lata były sprawdzane i poprawiane. Dach chronił przed deszczem i śniegiem, dlatego jego nachylenie zależało między innymi od klimatu. Okap osłaniał ściany. Wielkość okien wynikała z dostępnej technologii, ale również z potrzeby zatrzymania ciepła. Budowano z materiałów, które były dostępne w pobliżu i które miejscowi rzemieślnicy potrafili dobrze wykorzystać. Znaczenie miało nawet ustawienie domu względem słońca, wiatru, drogi czy podwórza.
To, co dzisiaj odbieramy jako charakterystyczny wygląd dawnego domu, było więc często rezultatem bardzo konkretnych warunków.
Problem pojawia się wtedy, kiedy przejmujemy sam obraz, ale gubimy stojącą za nim logikę. Możemy zbudować nowy dom z dwuspadowym dachem, zastosować drewnianą elewację, tradycyjne proporcje okien i kilka charakterystycznych detali. Będzie wyglądał znajomo, ale to jeszcze nie oznacza, że ma wiele wspólnego ze sposobem, w jaki powstawała dawna architektura. Drewno może być jedynie cienką okładziną, a forma dachu elementem wybranym głównie ze względów estetycznych.
W tekstach, które poprzedzały ten scenariusz, szukałem przykładów pokazujących inne podejście. U Petera Zumthora ważny jest sposób, w jaki materiał buduje doświadczenie przestrzeni i jak zmienia się z czasem. U Giona A. Caminady tradycyjne techniki pracy z drewnem nie są czymś, co należy zachować w niezmienionej postaci. Stają się punktem wyjścia do współczesnego budowania. Rudolf Olgiati pokazuje z kolei, że można korzystać z dobrze znanych form, oczyszczając je z historycznej dekoracji tak mocno, że pozostaje niemal sam archetyp. W architekturze Bernardo Badera współczesność również nie oznacza zerwania z lokalną kulturą budowania. Związek z miejscem pojawia się przez materiał, konstrukcję i proporcje, a nie przez kopiowanie konkretnego dawnego budynku.
Podobny sposób myślenia można odnaleźć znacznie wcześniej w ruchu Arts and Crafts. Tam również ważny był związek pomiędzy materiałem, sposobem wykonania i ostateczną formą rzeczy. Bliskie jest mi to także przez doświadczenie Śląskiej Szkoły Architektury, z której sposobu myślenia wiele wyniosłem. Szczerość materiału i konstrukcji nie polega przecież na tym, żeby budynek był surowy dla samej surowości. Chodzi raczej o sytuację, w której architektura wynika z tego, jak budynek naprawdę jest zrobiony.
Te przykłady doprowadziły mnie do trochę innego pytania niż to, od którego zwykle zaczyna się rozmowę o tradycji. Zamiast zastanawiać się, jak powinien wyglądać współczesny dom tradycyjny, zacząłem myśleć o tym, co pozostałoby z dawnego domu, gdyby odebrać mu charakterystyczny styl.
Okazuje się, że całkiem dużo.
Pozostaje wiedza o materiale i konstrukcji, o reagowaniu na klimat, o ochronie przed słońcem, deszczem i wiatrem. Pozostaje sposób budowania granicy pomiędzy wnętrzem a otoczeniem, która dawniej często była bardziej rozbudowana niż jedna ściana z drzwiami tarasowymi. Pozostaje również świadomość, że budynek nie jest rzeczą niezmienną. Materiały się starzeją, elementy wymagają naprawy, a sam dom jest dostosowywany do kolejnych potrzeb mieszkańców.
W takim ujęciu tradycja zaczyna przypominać nie tyle zbiór form, ile zgromadzone przez wiele pokoleń doświadczenie budowania. Nie oznacza to oczywiście, że wszystkie dawne rozwiązania należy dzisiaj powtarzać. Zmieniły się technologie, wymagania i sposób życia. Można jednak próbować zrozumieć, dlaczego pewne rozwiązania powstały i sprawdzić, czy zasada, która za nimi stała, nadal jest aktualna.
Z tego właśnie założenia wyrasta DOM–ARCHETYP, kolejny scenariusz w projekcie „52 domy”.
Punktem wyjścia staje się najbardziej podstawowy obraz domu, czyli prosta bryła przykryta dwuspadowym dachem. Nie chcę jednak odtwarzać jej historycznego wyglądu. Interesuje mnie sprawdzenie, co stanie się wtedy, kiedy zachowam tę dobrze znaną sylwetę, ale konstrukcję, wnętrze i relację z otoczeniem spróbuję zaprojektować od początku.
Drewno nie będzie więc tylko materiałem elewacyjnym, ale częścią rzeczywistej konstrukcji. Dach nie będzie wyłącznie przykryciem ogrzewanego wnętrza, ponieważ pod nim znajdzie się również przestrzeń pośrednia. Granica domu nie będzie kończyła się na jednej ścianie, a jego wnętrze nie będzie próbowało odtwarzać dawnego układu pomieszczeń.
DOM–ARCHETYP nie jest więc próbą zaprojektowania nowej wersji starego domu. Jest eksperymentem, w którym próbuję sprawdzić, czy z tradycji można zachować doświadczenie i sposób myślenia, nie kopiując przy tym jej wyglądu.
2. Co właściwie pamiętamy, kiedy myślimy o domu?
Kiedy prosimy dziecko, żeby narysowało dom, bardzo często pojawia się podobny obraz. Prostokąt, na nim trójkątny dach, kilka okien, drzwi, czasem komin. Nie ma większego znaczenia, czy dziecko mieszka w bloku, szeregowcu czy nowoczesnym domu z płaskim dachem. Ten prosty znak okazuje się bardzo trwały.
To ciekawe, bo pokazuje, że dom istnieje w naszej wyobraźni nie tylko jako konkretna budowla, ale też jako pewien kulturowy obraz. Nie musimy wiedzieć, z czego został wykonany, jak wygląda jego wnętrze ani gdzie stoi. Wystarczy kilka linii, żebyśmy bez problemu odczytali, że patrzymy na dom.
Taki obraz oczywiście nie wziął się znikąd. Przez bardzo długi czas najprostsza forma domu wynikała bezpośrednio ze sposobu budowania. Potrzebne były ściany, które wydzielały bezpieczne wnętrze, oraz dach chroniący przed deszczem i śniegiem. W różnych miejscach zmieniały się materiały, wielkość budynków, nachylenie połaci czy proporcje, ale sama idea pozostawała bardzo czytelna.
Z czasem ta forma przestała być wyłącznie rozwiązaniem technicznym. Stała się znakiem, który wszedł do naszej wspólnej wyobraźni. Widać to również dzisiaj, kiedy symbol domu w aplikacji, na mapie czy prostym piktogramie nadal bardzo często ma dwuspadowy dach, nawet jeśli współczesna architektura od dawna nie ogranicza się do takiej formy.
W DOMU–ARCHETYPIE chciałem wykorzystać właśnie tę pamięć.
Nie interesowała mnie jednak rekonstrukcja konkretnego domu z konkretnego regionu. Nie chciałem brać wzorca śląskiego, podhalańskiego, alpejskiego czy skandynawskiego i przepisywać jego proporcji na nowy projekt. To zbyt łatwo prowadziłoby z powrotem do stylu.
Bardziej interesował mnie moment wcześniejszy, zanim pojawi się detal.
Co zostaje z domu, jeżeli odbierzemy mu okiennice, okap, konkretną stolarkę, materiał elewacji i wszystkie elementy, które pozwalają przypisać go do określonego miejsca i czasu?
Zostaje bardzo prosty obraz budynku pod dachem.
Właśnie w tym sensie używam tutaj słowa „archetyp”. Nie traktuję go jako historycznego wzoru, który należałoby wiernie odtworzyć. Bardziej jako formę tak długo obecną w naszej kulturze, że stała się czymś niemal oczywistym. Rozpoznajemy ją, zanim jeszcze zaczniemy zastanawiać się nad architekturą.
To rozróżnienie jest dla tego projektu ważne.
Tradycyjny dom zawsze jest związany z konkretnym miejscem. Jego forma wynika z klimatu, dostępnych materiałów, sposobu życia i umiejętności budujących go ludzi. Archetyp jest dużo bardziej ogólny. Nie mówi jeszcze, czy ściana ma być wykonana z drewna, cegły czy betonu. Nie określa wielkości okien ani układu pomieszczeń. Daje jedynie podstawową ramę, w której możemy zacząć projektować od nowa.
Dlatego pierwszy szkic DOMU–ARCHETYPU jest bardzo prosty.
Nie szukałem efektownej bryły ani charakterystycznego gestu, który miałby od razu wyróżnić budynek. Chciałem zacząć od czegoś dobrze znanego, od domu, który można narysować kilkoma liniami.
Dopiero później ten prosty znak zaczyna się zmieniać.
Z daleka nadal widzimy dwuspadową bryłę. Kiedy jednak podchodzimy bliżej, okazuje się, że nie ma klasycznej, pełnej ściany. Jej miejsce zajmuje rytm drewnianych elementów. Przez tę strukturę widać światło, rośliny i znajdujące się głębiej właściwe części mieszkalne.
Znajoma sylweta pozostaje, ale sposób budowania domu przestaje być oczywisty.
I właśnie na tym opiera się cały eksperyment.
Archetyp nie jest tutaj odpowiedzią ani gotowym wzorem. Jest raczej ograniczeniem, które celowo przyjmuję na początku projektu. Chcę sprawdzić, jak wiele można zmienić w konstrukcji, wnętrzu i relacji z otoczeniem, nie tracąc przy tym podstawowego obrazu domu.
Dzięki temu najprostsza forma nie zamyka projektu.
Wręcz przeciwnie. Pozwala zacząć zadawać kolejne pytania o to, czym naprawdę może być współczesna ściana, dach, wnętrze i granica pomiędzy domem a ogrodem.

3. Czy można zachować archetyp, nie kopiując dawnego domu?
Skoro punktem wyjścia DOMU–ARCHETYPU jest dobrze znana sylweta domu z dwuspadowym dachem, pojawia się problem, który właściwie ustawia cały projekt. Jak korzystać z tak mocnego i zakorzenionego w naszej pamięci obrazu, żeby nie skończyć na kolejnej stylizacji dawnej architektury?
Najprostsza droga byłaby dość oczywista. Można zachować tradycyjną bryłę, obłożyć ją drewnem, odpowiednio ukształtować okna i dodać kilka elementów kojarzących się ze starszym budownictwem. Taki dom prawdopodobnie bez problemu zostałby odczytany jako współczesna interpretacja tradycji. Nadal jednak pozostawałoby pytanie, czy rzeczywiście korzystamy z doświadczeń dawnej architektury, czy tylko odtwarzamy jej rozpoznawalny wygląd.
W tym scenariuszu chciałem pójść w inną stronę. Z dawnego domu zachowuję przede wszystkim jego podstawową sylwetę, a pozostałe elementy próbuję zaprojektować od początku. Dwuspadowy dach i prosty obrys nie są więc gotowym wzorem, któremu trzeba podporządkować cały budynek. Tworzą raczej ramę, wewnątrz której można na nowo zastanowić się nad konstrukcją, wnętrzem i relacją domu z otoczeniem.
Dlatego z daleka DOM–ARCHETYP może wydawać się bardzo znajomy. Nie ma skomplikowanej bryły ani gestu, który za wszelką cenę próbuje zwrócić uwagę. Dopiero kiedy podchodzimy bliżej, ten prosty obraz zaczyna się zmieniać.
Okazuje się, że zewnętrzna ściana nie jest typową pełną przegrodą. Tworzy ją rytm drewnianych elementów konstrukcyjnych, pomiędzy którymi przechodzi światło. Przez tę warstwę można zobaczyć fragmenty ogrodu i znajdujące się głębiej właściwe części mieszkalne. Dom, który z daleka wyglądał jak jedna zwarta bryła, po zbliżeniu zaczyna ujawniać kolejne warstwy.
To rozwarstwienie ma dla mnie większe znaczenie niż sam efekt wizualny. Pozwala oddzielić archetypiczną formę domu od sposobu, w jaki rzeczywiście funkcjonuje jego wnętrze. Zewnętrzny kształt porządkuje całość, ale nie narzuca już klasycznego układu pomieszczeń zamkniętych w jednym pudełku.
Pod wspólnym dachem mogą pojawić się mniejsze bryły mieszczące konkretne funkcje. Pomiędzy nimi można pozostawić przestrzeń otwartą na ogród. W jednym miejscu dach może zostać przecięty, żeby wprowadzić światło i roślinność. W innym zewnętrzna konstrukcja może stać się głębszą strefą pomiędzy właściwym wnętrzem a otoczeniem.
Dzięki temu archetyp nie jest czymś, co trzeba wiernie zachować w każdym szczególe. Jest punktem odniesienia, który daje projektowi czytelność, ale pozwala swobodnie odpowiadać na współczesne potrzeby.
To rozróżnienie wydaje mi się szczególnie ważne, kiedy mówimy o tradycji. Wiele dawnych form powstało przecież jako bezpośredni rezultat ówczesnych technologii i warunków życia. Jeżeli dzisiaj powtarzamy je bez zastanowienia, łatwo stworzyć sytuację, w której forma nadal wygląda znajomo, ale jej pierwotne uzasadnienie już nie istnieje. Drewniana belka może stać się atrapą, drewno cienką okładziną na zupełnie innej konstrukcji, a dwuspadowy dach jedynie symbolem tradycyjnego domu.
W DOMU–ARCHETYPIE chciałbym tego uniknąć. Jeśli pojawia się drewno, powinno rzeczywiście uczestniczyć w budowaniu domu. Jeśli dach ma tak wyraźną formę, powinien robić coś więcej niż tylko odtwarzać znajomy kształt. Jeśli pozostawiam przestrzeń pomiędzy właściwym wnętrzem a zewnętrzną konstrukcją, powinna ona rzeczywiście wpływać na sposób korzystania z budynku.
W ten sposób znajoma forma i współczesny sposób życia nie muszą ze sobą konkurować. Zewnętrzna sylweta może zachować pewną ciągłość z tym, co znamy, podczas gdy wnętrze, konstrukcja i sposób użytkowania odpowiadają już na dzisiejsze potrzeby.
Nie próbuję więc projektować nowej wersji dawnego domu. Bardziej interesuje mnie sprawdzenie, jak niewiele trzeba zachować, żeby pamięć tej formy nadal była obecna, i jak dużo można jednocześnie zmienić, żeby powstała z niej współczesna architektura.

4. Czy konstrukcja może być jednocześnie elewacją?
Jeżeli DOM–ARCHETYP ma rzeczywiście korzystać z doświadczeń tradycyjnego budowania, a nie tylko przypominać dawny dom, bardzo ważny staje się sposób wykonania jego zewnętrznej struktury. Drewniane elementy widoczne na szkicu nie powinny być dekoracyjną żaluzją założoną na gotowy budynek. Chciałbym, żeby miały rzeczywistą pracę do wykonania i były częścią konstrukcji, która tworzy cały archetypiczny kształt domu.
Wyobrażam sobie powtarzalny układ drewnianych ram lub żeber biegnących od poziomu terenu przez ściany aż po dach. Dopiero wszystkie razem tworzą znaną sylwetę budynku z dwuspadowym dachem. Patrząc z większej odległości, widzimy więc jeden prosty dom. Kiedy podchodzimy bliżej, zaczynamy dostrzegać, że jego zewnętrzna powierzchnia nie jest pełną ścianą, lecz przestrzenną konstrukcją złożoną z wielu pojedynczych elementów.
Takie rozwiązanie nawiązuje do jednej z cech dawnej architektury, która wydaje mi się nadal bardzo wartościowa. W wielu tradycyjnych budynkach sposób budowania można było po prostu zobaczyć. Konstrukcja drewniana miała określony rytm wynikający z rozpiętości, właściwości materiału i możliwości wykonawczych. Nie projektowano najpierw konstrukcji, a później osobno charakteru elewacji. Jedno często wynikało z drugiego.
Nie oznacza to oczywiście, że w DOMU–ARCHETYPIE chciałbym kopiować dawne połączenia ciesielskie czy udawać historyczną technologię. Współczesny budynek musi odpowiadać na dzisiejsze wymagania konstrukcyjne, przeciwpożarowe, energetyczne i użytkowe. Interesująca jest dla mnie sama zasada, według której materiał widoczny na zewnątrz nie jest jedynie warstwą wykończeniową, ale rzeczywiście uczestniczy w budowaniu architektury.
Dzięki temu rytm drewnianych elementów nie musi być wymyślany osobno jako kompozycja fasady. Wynika z konstrukcji, ale może jednocześnie reagować na warunki panujące wokół domu. Od strony południowej elementy mogą być głębsze albo ustawione gęściej, żeby ograniczać nadmiar słońca. Tam, gdzie z wnętrza chcemy szerzej patrzeć na ogród, konstrukcja może się bardziej otworzyć. W okolicy wejścia jej rytm może się zmienić, dzięki czemu samo wejście stanie się czytelne bez dodawania kolejnego daszku czy dekoracyjnej ramy.
W ten sposób dom nadal zachowuje bardzo prosty zewnętrzny kształt, ale nie jest identyczny z każdej strony. Jego forma odpowiada na słońce, widoki i sposób korzystania z przestrzeni, choć z daleka nadal odczytujemy ją jako jeden archetypiczny dom.
Drewniana konstrukcja zaczyna przy tym pełnić kilka funkcji jednocześnie. Podtrzymuje dach i buduje zewnętrzny obrys budynku, ale równocześnie filtruje światło i tworzy cień w przestrzeni znajdującej się głębiej. Elewacja dostaje dzięki temu rzeczywistą głębokość. Nie oglądamy jej wyłącznie jako powierzchni. Możemy znaleźć się pomiędzy konstrukcją a właściwym, ogrzewanym wnętrzem domu.
To wpływa również na sposób odbierania budynku w ciągu dnia. W jasnym słońcu rytm konstrukcji zapisuje się cieniem na posadzce i białych wewnętrznych bryłach. Wieczorem kierunek tej relacji się odwraca. Światło z wnętrza przechodzi pomiędzy drewnianymi elementami i z zewnątrz pozwala zobaczyć, że za prostą sylwetą domu znajduje się bardziej złożona przestrzeń.
Właśnie w tym miejscu związek projektu z tradycją staje się dla mnie szczególnie czytelny. Nie polega na zastosowaniu drewnianej elewacji, która ma przypominać dawny budynek. Chodzi raczej o odzyskanie związku między materiałem, konstrukcją i wyglądem domu. Jeżeli drewniany element pojawia się na elewacji, powinien być tam z konkretnego powodu. Powinien podtrzymywać, osłaniać, filtrować światło albo porządkować przestrzeń, zamiast jedynie tworzyć charakterystyczny obraz.
Dzięki temu prostota DOMU–ARCHETYPU nie wynika z ukrywania wszystkich technicznych elementów. Wynika z ograniczenia ich liczby i wykorzystania każdego z nich do kilku zadań.
Drewniana struktura nie potrzebuje więc osobnej dekoracyjnej fasady. Sama nią jest. Jej rytm, proporcje i głębokość wynikają z tego, jak dom został zbudowany i jak ma działać w konkretnym miejscu.
W tym projekcie konstrukcja nie znajduje się za architekturą.
To z niej architektura wyrasta.

5. Co dzieje się pomiędzy drewnianą skorupą a właściwym domem?
W większości współczesnych domów granica pomiędzy wnętrzem a ogrodem jest bardzo wyraźna. Z jednej strony mamy ogrzewane pomieszczenia, z drugiej taras i przestrzeń zewnętrzną. Czasem tę granicę łagodzi pergola albo zadaszenie, ale nadal są to najczęściej dodatki do podstawowej bryły budynku.
W DOMU–ARCHETYPIE chciałbym potraktować tę granicę inaczej. Zewnętrzna drewniana konstrukcja jest większa niż właściwe, zamknięte pomieszczenia mieszkalne. Pod wspólnym dachem znajdują się więc mniejsze bryły, ale nie wypełniają całej przestrzeni. Pomiędzy nimi a drewnianą strukturą pozostaje szeroki pas, który nie jest już klasycznym ogrodem, ale nie jest też wnętrzem w takim znaczeniu jak salon czy sypialnia.
Ta przestrzeń ma własne warunki. Dach chroni ją przed deszczem i najbardziej intensywnym słońcem, a ażurowa konstrukcja pozwala na swobodny przepływ powietrza. Temperatura jest bardziej związana z pogodą niż w ogrzewanych częściach domu, ale jednocześnie przebywanie tutaj jest znacznie bardziej komfortowe niż na całkowicie odsłoniętym tarasie.
Latem może to być jedna z najczęściej używanych części całego domu. Kiedy na zewnątrz robi się gorąco, nie trzeba wybierać pomiędzy zamkniętym, chłodzonym wnętrzem a nagrzanym ogrodem. Można pozostać pod wspólnym dachem, w cieniu, ale nadal bardzo blisko roślin, powietrza i zmieniającego się światła.
Przy kuchni może znaleźć się duży stół, który w cieplejszych miesiącach staje się naturalnym miejscem jedzenia i spotkań. Kilka metrów dalej można ustawić ławkę albo fotel. Przy części prywatnej przestrzeń może być spokojniejsza i bardziej kameralna. Nie chciałbym jednak przypisywać każdemu fragmentowi jednej konkretnej funkcji. Jej wartość polega również na tym, że mieszkańcy mogą stopniowo dopasowywać ją do własnego życia.
Z czasem pojawią się tam rośliny, rowery, meble albo przedmioty, których nie było na pierwszych rysunkach. Rodzina z małymi dziećmi będzie korzystała z tej przestrzeni inaczej niż mieszkańcy po kilkunastu latach. Dom daje więc osłonięte miejsce, ale nie próbuje z góry ustalić wszystkiego, co ma się w nim wydarzyć.
Sposób użytkowania tej strefy zmienia się również wraz z porami roku. Wiosną może zacząć działać wcześniej niż zwykły taras, bo dach chroni przed deszczem, a zewnętrzna struktura częściowo osłania przed wiatrem. Latem staje się przedłużeniem codziennego życia. Jesienią nadal można tutaj siedzieć, przechowywać rowery czy odkładać rzeczy używane w ogrodzie. Zimą mieszkańcy korzystają z niej znacznie rzadziej, ale nadal tworzy osłoniętą przestrzeń przed wejściami do właściwych pomieszczeń.
W ten sposób powierzchnia domu nie musi działać przez cały rok jednakowo. W miesiącach zimowych codzienne życie skupia się głównie w dobrze izolowanych, ogrzewanych bryłach. W cieplejszej części roku dom zaczyna się rozszerzać i wykorzystuje również przestrzeń pod wspólnym dachem. Nie zmienia się przy tym jego konstrukcja. Zmienia się po prostu sposób zamieszkiwania.
Widzę w tym pewne podobieństwo do dawnych domów, w których nie każda przestrzeń miała takie same warunki cieplne i nie każda była użytkowana identycznie przez cały rok. Ganek, podcień, sień czy zadaszone obejście tworzyły kolejne stopnie pomiędzy wnętrzem a otoczeniem. Nie chodzi mi o ich dosłowne odtwarzanie, ale o odzyskanie podobnej logiki.
Współczesny komfort pozostaje w zamkniętych bryłach. To tam mamy dobrze izolowane ściany, kontrolowaną temperaturę i wszystkie instalacje, których oczekujemy od dzisiejszego domu. Nie ma jednak potrzeby, żeby każdy metr znajdujący się pod dużym dachem był ogrzewany i chłodzony przez cały rok.
Dzięki temu drewniana skorupa przestaje być wyłącznie zewnętrznym obrazem archetypicznego domu. Razem z dachem tworzy rzeczywistą przestrzeń do życia, której charakter zależy od światła, temperatury, wiatru i pory roku.
Granica pomiędzy domem a ogrodem nie jest więc jedną linią przebiegającą po elewacji. Ma kilka metrów głębokości i można w niej przebywać.
To właśnie tam DOM–ARCHETYP zaczyna być czymś więcej niż prostą bryłą z dwuspadowym dachem. Zyskuje dodatkową warstwę, która pozwala mieszkańcom być blisko otoczenia bez konieczności całkowitego wychodzenia z domu.

6. Czy współczesny dom potrzebuje jeszcze progu?
W wielu współczesnych domach przejście między wnętrzem a otoczeniem zostało bardzo uproszczone. Mamy salon, duże przeszklenie i taras. Otwieramy drzwi i właściwie od razu znajdujemy się w ogrodzie. Z punktu widzenia widoku i światła działa to dobrze, ale przestrzennie granica pozostaje bardzo cienka. Albo jesteśmy w środku, albo na zewnątrz.
W dawnych domach taki podział był zwykle bardziej stopniowy. Zanim weszło się do właściwego wnętrza, przechodziło się przez podwórze, ganek, podcień albo sień. Każde z tych miejsc miało inne warunki i inne znaczenie. Można było schować się przed deszczem, zdjąć mokre buty, odłożyć narzędzia albo przez chwilę porozmawiać z kimś, nie zapraszając go od razu do prywatnej części domu.
W DOMU–ARCHETYPIE chciałbym odzyskać właśnie tę stopniowość, ale bez kopiowania historycznego ganku czy sieni. Zewnętrzna drewniana konstrukcja pozwala potraktować wejście nie jako jeden otwór w ścianie, lecz jako większą przestrzeń przejściową. Zanim wejdziemy do ogrzewanego wnętrza, znajdujemy się już pod wspólnym dachem, osłonięci przed deszczem i słońcem, ale nadal blisko powietrza, światła i ogrodu.
Taki próg może mieć kilka metrów głębokości. To wystarczy, żeby zmienić sposób, w jaki wracamy do domu. Możemy odstawić rower, zdjąć mokrą kurtkę, odłożyć zakupy albo zatrzymać się na chwilę przy kimś siedzącym pod dachem. Dopiero potem wchodzimy do właściwego wnętrza.
To drobna różnica, ale wpływa na sposób odczuwania domu. Wejście nie jest jednym ruchem. Odbywa się stopniowo. Najpierw opuszczamy ogród albo przestrzeń przed budynkiem, później trafiamy pod osłonę, a dopiero na końcu przechodzimy do prywatnych pomieszczeń.
Podobnie wygląda wyjście. Nie trzeba od razu przechodzić z ciepłego salonu na całkowicie otwartą przestrzeń. Można zatrzymać się pod dachem, sprawdzić pogodę, usiąść na chwilę albo zostać w miejscu bardziej osłoniętym.
Taki próg pomaga też porządkować prywatność. Nie każda sytuacja wymaga wpuszczenia drugiej osoby do środka. Czasem ktoś przychodzi tylko na chwilę, kurier przywozi paczkę, sąsiad zatrzymuje się na krótką rozmowę. Przestrzeń pod zewnętrzną konstrukcją daje możliwość takiego kontaktu bez przekraczania granicy właściwego domu.
To wydaje mi się ważne również dlatego, że współczesny dom jednorodzinny często bardzo mocno oddziela mieszkańców od otoczenia. Ogrodzenie, brama, podjazd, garaż i bezpośrednie wejście do wnętrza pozwalają przejść z samochodu do domu niemal bez kontaktu z przestrzenią po drodze. Jest w tym wygoda, ale znikają miejsca, w których mogą wydarzyć się drobne, przypadkowe spotkania.
DOM–ARCHETYP nie próbuje odtwarzać dawnego sposobu życia. Nie zakłada, że mieszkańcy mają siedzieć przed wejściem i rozmawiać z sąsiadami. Chodzi raczej o to, żeby architektura zostawiała taką możliwość.
Można zamknąć się w domu, można wyjść do ogrodu, ale można też zostać pomiędzy. W miejscu bardziej prywatnym niż ulica, a jednocześnie bardziej otwartym niż salon.
W tym sensie próg przestaje być detalem technicznym. Staje się przestrzenią, która porządkuje kolejne stopnie przejścia od otoczenia do prywatnego wnętrza.
Dom nie zaczyna się więc dokładnie na drzwiach.
Zaczyna się trochę wcześniej.
7. Dlaczego wnętrze nie powinno już udawać tradycyjnego domu?
Skoro zewnętrzna forma DOMU–ARCHETYPU odwołuje się do bardzo prostego i dobrze znanego obrazu domu, wnętrze nie musi powtarzać tego samego języka. Właściwie ciekawsze wydaje mi się rozwiązanie odwrotne: z zewnątrz budynek zachowuje pamięć archetypu, a w środku odpowiada już wyłącznie na współczesny sposób życia.
Nie widzę więc potrzeby wprowadzania do wnętrza stylizowanych belek, rustykalnych materiałów czy detali, które miałyby podkreślać „tradycyjny charakter” domu. To łatwo zamieniłoby całą ideę w scenografię. Jeśli tradycja ma być tutaj obecna, to przez sposób myślenia o konstrukcji, materiale i relacji z otoczeniem, a nie przez dekorowanie wnętrza znakami przeszłości.
Wewnątrz drewnianej skorupy pojawiają się więc proste, jasne bryły mieszczące te funkcje, które rzeczywiście wymagają zamknięcia. Jedna może zawierać sypialnie, druga łazienki i część techniczną, kolejna kuchnię albo gabinet. Ich forma jest spokojna i neutralna, bo nie chodzi o to, żeby konkurowały z zewnętrzną konstrukcją. Mają tworzyć uporządkowane, komfortowe wnętrza i pozwolić wyraźnie odróżnić to, co prywatne i ogrzewane, od wspólnej przestrzeni pod dużym dachem.
Taki układ pozwala też inaczej myśleć o samym wnętrzu domu. Zamiast jednej zwartej bryły podzielonej później na pokoje, mamy kilka mniejszych elementów ustawionych obok siebie. Pomiędzy nimi powstaje przestrzeń wspólna, która nie musi od razu otrzymywać jednej funkcji.
Może łączyć kuchnię z częścią dzienną, otwierać widok na ogród, być miejscem pracy albo po prostu przestrzenią, przez którą przechodzimy w ciągu dnia. Nie wszystko trzeba od razu nazwać salonem, jadalnią czy korytarzem. Codzienne życie i tak bardzo szybko miesza te funkcje.
To jest dla mnie ważne, bo współczesny dom nie działa tak precyzyjnie, jak sugeruje rzut. Pracujemy przy stole w jadalni, dzieci uczą się w kuchni, salon bywa miejscem ćwiczeń, a pokój dziecka po kilkunastu latach może stać się gabinetem. Układ pomieszczeń zapisany na początku projektu rzadko pozostaje niezmienny przez całe życie budynku.
Dlatego wnętrze DOMU–ARCHETYPU powinno być współczesne przede wszystkim w sposobie działania, a nie tylko w wyglądzie. Zamknięte bryły zapewniają prywatność, akustykę i komfort, ale przestrzeń między nimi może pozostać bardziej swobodna i podatna na zmiany.
W tym miejscu pojawia się też wyraźny kontrast pomiędzy dwiema warstwami domu. Zewnętrzna konstrukcja jest drewniana, surowa i wystawiona na pogodę. Będzie się starzeć i zmieniać z czasem. Wewnętrzne bryły są spokojniejsze, jaśniejsze i bardziej kontrolowane. To one tworzą właściwy komfort mieszkania.
Nie traktuję tego kontrastu jako zabiegu estetycznego. Wynika on raczej z różnych zadań obu części. Zewnętrzna struktura ma osłaniać, filtrować światło i budować granicę domu. Wewnętrzne kubiki mają dawać prywatność i warunki potrzebne do codziennego życia.
Dzięki temu można szanować przeszłość, nie próbując w niej mieszkać.
Dawny dom był odpowiedzią na inne technologie, inny model rodziny i inny sposób funkcjonowania gospodarstwa. Nie ma sensu odtwarzać jego układu tylko dlatego, że interesuje nas tradycja. Można zachować to, co nadal ma znaczenie, a wnętrze zaprojektować od początku dla ludzi żyjących dzisiaj.
Właśnie dlatego DOM–ARCHETYP z zewnątrz może być znajomy, a w środku zupełnie współczesny.
Jedno nie przeczy drugiemu.
Pamięć formy zostaje na zewnątrz, a codzienne życie układa wnętrze według własnych zasad.
8. Czy dom może być zbiorem mniejszych domów?
W DOMU–ARCHETYPIE coraz mniej interesuje mnie klasyczny układ, w którym najpierw rysujemy zewnętrzny obrys budynku, a później dzielimy jego wnętrze na kolejne pomieszczenia. Chciałbym odwrócić tę kolejność i zacząć od kilku mniejszych, zamkniętych brył, z których każda odpowiada za inną część codziennego życia.
Jedna może mieścić sypialnie, druga łazienki i pomieszczenia techniczne, kolejna kuchnię albo gabinet. Wszystkie stoją pod wspólną drewnianą konstrukcją, ale nie stykają się ze sobą w taki sposób, żeby stworzyć jedną zwartą bryłę. Pomiędzy nimi pozostaje przestrzeń, która staje się równie ważna jak same pomieszczenia.
To zmienia sposób projektowania domu. Zamiast dzielić wnętrze ścianami, zaczynamy ustawiać poszczególne elementy względem siebie. Odległość pomiędzy nimi może tworzyć większą przestrzeń wspólną, spokojniejsze przejście albo miejsce otwierające się szerzej na ogród. Układ zaczyna więc powstawać bardziej przez relacje między bryłami niż przez tradycyjny podział rzutu.
W pewnym sensie przypomina to niewielką osadę. Kiedy patrzymy na starą wieś albo mały fragment miasta, znaczenie mają nie tylko same budynki, ale również to, co znajduje się pomiędzy nimi. Plac, podwórko, wąskie przejście czy miejsce przed wejściem wpływają na sposób poruszania się i spotykania ludzi równie mocno jak wnętrza poszczególnych domów.
Podobną zasadę można przenieść do skali jednego budynku.
Wyobrażam sobie, że wychodząc rano z części sypialnej, nie trafiamy do typowego korytarza. Wchodzimy do większej wspólnej przestrzeni pod drewnianym dachem. Kilka metrów dalej znajduje się kuchnia, z boku otwiera się widok na ogród, a pomiędzy poszczególnymi bryłami można ustawić stół, miejsce do pracy albo po prostu pozostawić więcej wolnej przestrzeni.
Komunikacja nie jest wtedy osobnym pasem prowadzącym od drzwi do drzwi. Staje się częścią codziennego życia domu.
Taki układ pozwala też wyraźniej oddzielić przestrzenie prywatne od wspólnych. Zamknięte kubiki dają możliwość wycofania się, zapewniają ciszę i prywatność, natomiast to, co dzieje się pomiędzy nimi, może pozostać bardziej otwarte i elastyczne.
Nie musi też istnieć jeden duży salon, który pełni rolę centrum całego domu. Wspólna przestrzeń może mieć kilka miejsc o różnym charakterze. Przy kuchni bardziej intensywnych, bliżej sypialni spokojniejszych, przy ogrodzie bardziej otwartych na światło i zieleń. Centrum nie jest wtedy jednym pokojem, ale układem relacji pomiędzy poszczególnymi częściami domu.
To daje również możliwość świadomego pozostawienia części przestrzeni pustej.
W tradycyjnym myśleniu o rzucie każdy metr kwadratowy staramy się wykorzystać. Jeżeli gdzieś zostaje wolne miejsce, szybko pojawia się pytanie, czy nie da się tam wstawić szafy, schowka albo kolejnego pokoju. Tutaj pustka może mieć własną wartość. Pozwala światłu wejść głębiej, otwiera widok na ogród, daje więcej miejsca przy wspólnym stole albo po prostu sprawia, że dom nie jest wypełniony funkcjami od ściany do ściany.
Taka przestrzeń może też łatwiej zmieniać się wraz z mieszkańcami. Nie chodzi o to, żeby cały dom działał jak zestaw ruchomych klocków, ale żeby jego podstawowy układ nie był całkowicie uzależniony od jednej, raz na zawsze ustalonej funkcji każdego fragmentu.
Jedna bryła może z czasem zmienić przeznaczenie. Część wspólna może zostać inaczej urządzona. Być może kiedyś pojawi się potrzeba dodania kolejnego elementu pod istniejącą konstrukcją. Zewnętrzny archetyp pozostaje czytelny, a życie pod nim może stopniowo się zmieniać.
Właśnie dlatego podoba mi się obraz małej osady pod jednym dachem.
Z zewnątrz nadal widzimy jeden prosty dom. Dopiero po wejściu odkrywamy, że jego wnętrze nie jest jednorodnym pudełkiem, ale zbiorem mniejszych miejsc powiązanych wspólną przestrzenią.
Archetypiczna forma trzyma je razem i nadaje całości porządek. Bogactwo domu nie wynika natomiast z komplikowania jego zewnętrznej bryły, ale z tego, jak ustawione są poszczególne części i co może wydarzyć się pomiędzy nimi.
9. Jak taki dom starzeje się razem z mieszkańcami?
Nowy dom najczęściej oglądamy w chwili, w której wszystko jest jeszcze idealnie świeże. Drewno ma równy kolor, elewacje są czyste, ogród dopiero zaczyna rosnąć, a wnętrze wygląda dokładnie tak, jak na wizualizacji. Łatwo wtedy pomyśleć, że właśnie taki stan powinien trwać jak najdłużej.
Tylko że prawdziwy dom nigdy nie pozostaje niezmienny.
Po kilku latach zaczyna zapisywać na sobie pogodę i codzienne użytkowanie. Drewno inaczej reaguje na słońce, inaczej na deszcz, a jeszcze inaczej w miejscach osłoniętych. Przy wejściu pojawiają się ślady częstego używania, ogród gęstnieje, rośliny zaczynają zasłaniać fragmenty elewacji, a mieszkańcy stopniowo urządzają przestrzeń po swojemu.
W DOMU–ARCHETYPIE chciałbym potraktować te zmiany jako naturalną część życia budynku, a nie jako proces, z którym architektura powinna przez cały czas walczyć.
Najbardziej widoczne będzie to na zewnętrznej drewnianej konstrukcji. Początkowo może być jasna, niemal jednolita, ale z czasem zacznie szarzeć i zmieniać odcień. Nie będzie się to działo wszędzie tak samo. Południowa strona otrzyma więcej słońca, północna dłużej pozostanie wilgotna, a elementy znajdujące się głębiej pod dachem będą starzały się inaczej niż te wystawione bezpośrednio na deszcz.
Po kilkunastu latach konstrukcja zacznie więc opowiadać coś o miejscu, w którym stoi dom. Będzie można zobaczyć, skąd najczęściej pada deszcz, gdzie dociera najwięcej słońca i które fragmenty osłaniają drzewa. Materiał przestanie wyglądać jak próbka z katalogu, ale właśnie dzięki temu stanie się bardziej związany z konkretną działką i konkretnym czasem.
Nie oznacza to oczywiście, że należy pozwolić drewnu niszczeć bez kontroli. Starzenie się materiału i jego degradacja to dwie różne rzeczy. Konstrukcja musi być dobrze zabezpieczona przed zalegającą wodą, połączenia powinny być rozwiązane tak, żeby nie powstawały miejsca sprzyjające zawilgoceniu, a elementy szczególnie narażone na zużycie powinny dać się wymienić bez rozbierania dużej części budynku.
Właśnie możliwość naprawiania domu jest dla mnie jednym z ważniejszych elementów tego scenariusza.
W dawnych budynkach wymiana pojedynczej deski, belki czy fragmentu pokrycia nie była niczym niezwykłym. Dom trwał między innymi dlatego, że można było go stopniowo naprawiać. Nie oczekiwano, że wszystkie elementy przetrwają dokładnie tyle samo czasu.
Współczesny budynek również może być projektowany z taką świadomością. Jeśli drewniana konstrukcja DOMU–ARCHETYPU jest złożona z powtarzalnych i dostępnych elementów, po wielu latach zużyta część może zostać wymieniona, a reszta domu nadal będzie działać. Budynek nie musi być jednorazowym, zamkniętym produktem.
Podobnie jest z jego wnętrzem, bo razem z materiałami zmieniają się przecież mieszkańcy.
Rodzina, która wprowadza się do domu z małymi dziećmi, po kilkunastu latach będzie funkcjonowała zupełnie inaczej. Dzieci dorosną, część pokoi zmieni przeznaczenie, ktoś zacznie pracować z domu, a z czasem być może pojawią się również potrzeby związane ze starzeniem się samych mieszkańców.
Nie da się rozsądnie przewidzieć wszystkich tych zmian na etapie pierwszego projektu. Można jednak stworzyć dom, który ich nie utrudnia.
W DOMU–ARCHETYPIE najbardziej trwałym elementem pozostaje zewnętrzna struktura. To ona tworzy dach, określa podstawowy obrys i porządkuje całość. Wewnątrz można pozwolić na większą swobodę. Jeden z kubików może po latach pełnić inną funkcję, część wspólnej przestrzeni może zostać inaczej zagospodarowana, a wyposażenie będzie zmieniało się razem z codziennym życiem mieszkańców.
Dzięki temu dom nie jest projektowany dla jednego idealnego momentu w życiu rodziny.
Może dobrze działać wtedy, kiedy dzieci są małe, ale nie powinien przestać działać, kiedy się wyprowadzą. Może przyjąć okres pracy z domu, większą potrzebę prywatności albo sytuację, w której mieszkańcy będą chcieli korzystać z mniejszej części budynku niż wcześniej.
Po trzydziestu latach DOM–ARCHETYP będzie więc wyglądał inaczej niż na pierwszym szkicu. Drewno będzie miało inny kolor, drzewo pod otworem w dachu stanie się znacznie większe, część przestrzeni zostanie urządzona inaczej, a na konstrukcji mogą pojawić się ślady napraw.
Nie traktowałbym tego jako utraty pierwotnej idei.
Wręcz przeciwnie. Jeżeli podstawowy porządek domu nadal pozostaje czytelny, wszystkie te zmiany pokazują, że budynek rzeczywiście potrafił przyjąć życie mieszkańców.
W tym sensie dzień zakończenia budowy nie jest końcem projektu. Jest raczej początkiem znacznie dłuższego procesu, w którym dom stopniowo zmienia się razem z ludźmi, pogodą i otoczeniem.
DOM–ARCHETYP nie powinien więc starzeć się wbrew architekturze.
Powinien być od początku zaprojektowany z myślą o tym, że czas stanie się jej częścią.
10. Jak wygląda scenariusz DOMU–ARCHETYPU?
Najłatwiej opowiedzieć ten dom nie przez rzut ani przekrój, ale przez sposób, w jaki korzysta się z niego w ciągu dnia i roku. Dopiero wtedy widać, po co potrzebna jest zewnętrzna drewniana konstrukcja, dlaczego właściwe pomieszczenia zostały rozbite na mniejsze bryły i co daje przestrzeń znajdująca się pomiędzy nimi.
Rano dom budzi się razem ze światłem. Promienie wpadają pomiędzy drewnianymi elementami i stopniowo przesuwają się po posadzce. Wychodząc z części sypialnej, nie trafiamy do typowego korytarza, ale od razu do wspólnej przestrzeni pod dużym dachem. Kilka metrów dalej znajduje się kuchnia, z boku otwiera się widok na ogród, a pomiędzy poszczególnymi częściami domu można swobodnie przechodzić.
W cieplejszej części roku ta przestrzeń zaczyna odgrywać coraz większą rolę. Drzwi prowadzące do zamkniętych, ogrzewanych pomieszczeń mogą pozostać otwarte, a życie stopniowo przesuwa się pod zewnętrzną konstrukcję. Śniadanie można zjeść przy stole ustawionym bliżej ogrodu, później w tym samym miejscu pracować albo odpoczywać w cieniu.
Nie trzeba wychodzić na osobny taras, bo przestrzeń pod dachem już pełni podobną rolę. Różnica polega na tym, że nie została dodana do gotowego domu. Jest częścią jego podstawowej koncepcji.
W południe, kiedy słońce jest najmocniejsze, gęsty rytm drewnianych elementów zaczyna działać jak filtr. Zamiast całkowicie odcinać wnętrze od światła, łagodzi je i tworzy cień. Jego układ zmienia się w ciągu dnia i sprawia, że przestrzeń pod dachem nie pozostaje cały czas taka sama.
W miejscu, w którym dach został otwarty, światło wpada bezpośrednio. Jeśli rośnie tam drzewo, jego cień miesza się z cieniem konstrukcji. Podczas deszczu woda może dostać się do niewielkiego wewnętrznego ogrodu. Nie wpływa to na komfort zamkniętych pomieszczeń, ale pozwala nadal odczuwać pogodę w przestrzeni wspólnej.
To miejsce może stać się naturalnym centrum domu.
Nie dlatego, że projektujemy tam największy salon albo ustawiamy najbardziej reprezentacyjne meble. Centrum powstaje dlatego, że mieszkańcy często przez nie przechodzą. Z sypialni do kuchni, z części dziennej do ogrodu, od wejścia do gabinetu. Można się tam zatrzymać, usiąść przy stole albo spojrzeć przez otwór w dachu na drzewo i niebo.
W ten sposób wspólna przestrzeń nie musi być jednym dużym pomieszczeniem. Może rozciągać się pomiędzy mniejszymi bryłami i zmieniać charakter zależnie od miejsca, światła i sposobu użytkowania.
Wieczorem dom zaczyna wyglądać inaczej. W ciągu dnia światło przenikało z zewnątrz do środka, natomiast po zmroku to zamknięte bryły zaczynają świecić pomiędzy drewnianą konstrukcją. Z ogrodu nadal widzimy prosty archetypiczny kształt domu, ale za jego zewnętrzną strukturą można odczytać kilka różnych fragmentów życia.
Jedna część jest już ciemna, w innej ktoś jeszcze pracuje, przy stole siedzą mieszkańcy. Zewnętrzna forma spina wszystko w jedną całość, ale nie ukrywa tego, że pod wspólnym dachem funkcjonuje kilka mniejszych przestrzeni.
Zimą sposób korzystania z domu staje się bardziej zwarty. Więcej czasu spędza się w zamkniętych i dobrze izolowanych pomieszczeniach, natomiast przestrzeń pod drewnianą konstrukcją przejmuje inne zadania. Chroni wejścia przed śniegiem i deszczem, daje miejsce na rowery, drewno czy rzeczy używane sezonowo i nadal pozwala przechodzić pomiędzy częściami domu pod osłoną.
Można powiedzieć, że zimą dom trochę się kurczy, a wiosną ponownie zaczyna się rozszerzać.
Nie zmienia przy tym fizycznie swoich granic. Zmienia się jedynie sposób zamieszkiwania kolejnych warstw. W pierwszych cieplejszych dniach drzwi pozostają otwarte dłużej, stół przesuwa się bliżej ogrodu, pod dachem pojawiają się rośliny i miejsca, które przez zimę były prawie puste, ponownie stają się częścią codzienności.
Podoba mi się taka sezonowość, bo pozwala zaakceptować, że dom w styczniu nie musi działać dokładnie tak samo jak w lipcu. Współczesny komfort pozostaje dostępny przez cały rok w zamkniętych pomieszczeniach, ale kiedy pogoda na to pozwala, życie może wychodzić poza ich granice.
Ten scenariusz zmienia się również w dłuższej perspektywie.
Na początku pod wspólnym dachem może mieszkać rodzina z małymi dziećmi. Przestrzeń pomiędzy kubikami jest wtedy pełna ruchu, zabawek i rowerów. Kilkanaście lat później dzieci potrzebują więcej prywatności, jeden fragment domu zaczyna służyć do pracy, a inne miejsca są wykorzystywane znacznie rzadziej.
Po kolejnych latach część funkcji może zmienić się jeszcze raz. Jeden z kubików może stać się pokojem gościnnym albo pracownią, a wspólna przestrzeń zostanie urządzona inaczej. Zewnętrzna konstrukcja pozostanie jednak czytelna i nadal będzie porządkowała cały dom.
Nie chodzi więc o stworzenie budynku, który przez cały czas przypomina mieszkańcom o swojej koncepcji. Po kilku tygodniach nikt nie będzie przecież zastanawiał się nad archetypem, konstrukcją czy teorią stojącą za projektem.
Mieszkańcy będą po prostu wracać z pracy, zostawiać rower pod dachem, otwierać drzwi, kiedy jest ciepło, zamykać je zimą, przestawiać stół i stopniowo zajmować przestrzeń po swojemu.
I właśnie wtedy okaże się, czy DOM–ARCHETYP rzeczywiście działa.
Jego idea nie powinna wymagać specjalnego sposobu życia. Powinna raczej stworzyć takie warunki, żeby codzienność mogła swobodnie korzystać z konstrukcji, światła, osłoniętej przestrzeni i możliwości zmiany.
Z zewnątrz nadal pozostaje bardzo prostym znakiem domu.
Pod tym znakiem każdego dnia może wydarzyć się coś trochę innego.
11. Co więc zostaje z tradycji?
Po przejściu przez cały scenariusz DOMU–ARCHETYPU wracam do pytania, które pojawiło się na początku tygodnia. Co właściwie zostaje z tradycji, kiedy odbierzemy jej charakterystyczny wygląd?
Jeżeli usuniemy historyczny detal, konkretny typ okna, dekorację czy sposób wykończenia elewacji, nadal pozostaje całkiem dużo. Zostaje wiedza o materiale i konstrukcji, o ochronie przed słońcem, deszczem i wiatrem. Zostaje sposób budowania granicy między wnętrzem a otoczeniem. Zostaje również świadomość, że dom nie jest czymś skończonym raz na zawsze, bo materiały się starzeją, elementy wymagają naprawy, a potrzeby mieszkańców z czasem się zmieniają.
Dlatego coraz trudniej myśleć mi o tradycji jak o zbiorze gotowych form.
Bardziej przypomina ona archiwum doświadczeń, do którego można zaglądać po wiedzę o tym, jak ludzie przed nami radzili sobie z podobnymi problemami. Nie wszystkie dawne odpowiedzi są dziś aktualne, bo zmieniły się technologie, sposób życia i oczekiwania wobec komfortu. Wiele podstawowych pytań pozostało jednak zaskakująco podobnych.
Dom nadal musi chronić przed pogodą. Materiały nadal mają swoje ograniczenia. Nadal potrzebujemy prywatności, ale też kontaktu z otoczeniem. Nadal zmienia się liczba mieszkańców, sposób pracy i to, jak korzystamy z poszczególnych pomieszczeń.
W DOMU–ARCHETYPIE próbuję wykorzystać właśnie tę ciągłość.
Z dawnego domu pozostawiam najbardziej podstawową sylwetę, ale nie kopiuję jego wnętrza ani detalu. Drewno staje się rzeczywistą konstrukcją, a nie dekoracyjną okładziną. Dach tworzy nie tylko zamknięte wnętrze, ale również przestrzeń pośrednią. Granica pomiędzy domem a ogrodem ma kilka metrów głębokości, a wewnętrzne bryły odpowiadają już na współczesny sposób życia.
Nie chodzi jednak o to, żeby zachować wszystko.
Tradycja nie powinna działać jak instrukcja, której trzeba się podporządkować. Można zmieniać rozwiązania, upraszczać je i dostosowywać do nowych potrzeb. Dwuspadowy dach może zostać przecięty, jeśli w środku potrzebne jest światło albo drzewo. Dawny ganek może zostać przetłumaczony na większą przestrzeń przejściową. Drewniana konstrukcja może zostać zaprojektowana jako współczesny, powtarzalny system.
Ważniejsze od samej formy jest to, czy decyzja nadal ma sens.
Właśnie dlatego DOM–ARCHETYP nie jest propozycją tego, jak powinien wyglądać współczesny dom tradycyjny. Bardziej interesuje mnie sprawdzenie, jak daleko można odejść od dawnych rozwiązań, zachowując jednocześnie coś z ich logiki i doświadczenia.
Można budować zupełnie inaczej niż sto lat temu i nadal korzystać z wiedzy, która powstawała przez wiele pokoleń.
Wtedy tradycja przestaje być stylem.
Staje się sposobem rozumienia problemów, z którymi architektura mierzy się także dzisiaj.
I chyba właśnie dlatego DOM–ARCHETYP dobrze zamyka ten tydzień projektu „52 domy”. Nie daje jednej odpowiedzi na pytanie o tradycję. Pokazuje raczej, że można ją potraktować jako punkt wyjścia do nowego projektu, a nie jako gotowy wzór do odtworzenia.
12. Kiedy scenariusz spotyka się z rzeczywistością
Ten tekst, podobnie jak cały projekt „52 domy”, nie jest zbiorem gotowych rozwiązań katalogowych. Każda typologia, nad którą pracuję, zaczyna się raczej od precyzyjnie postawionego pytania projektowego i próby znalezienia dla niego przestrzennej odpowiedzi. Prawdziwy sprawdzian dla tych pomysłów zaczyna się jednak dopiero wtedy, kiedy opuszczają przestrzeń teorii, tekstów i szkiców w Bazgrowniku i spotykają się z konkretnym miejscem.
Działka zawsze coś zmienia. Ma własne proporcje, ukształtowanie terenu, drzewa, sąsiedztwo, kierunki świata i widoki. Dochodzą do tego zapisy planu miejscowego albo decyzji o warunkach zabudowy, możliwości finansowe inwestora oraz sposób, w jaki przyszli mieszkańcy naprawdę chcą korzystać z domu. Dopiero zestawienie tych wszystkich elementów pokazuje, które założenia typologii można zachować, które trzeba przekształcić, a z których być może należy całkowicie zrezygnować.
W przypadku DOMU–ARCHETYPU nie chodziłoby więc o powtórzenie pokazanej tutaj bryły na kolejnej działce. Znacznie ciekawsze byłoby sprawdzenie, jak sama idea zachowa się w konkretnych warunkach. Być może najważniejsza okaże się drewniana konstrukcja. W innym miejscu większe znaczenie będzie miała przestrzeń pośrednia albo podział wnętrza na mniejsze bryły. Na niewielkiej działce cały układ może wymagać zagęszczenia, a w krajobrazie otwartym większego znaczenia nabierze relacja domu z widokiem i stronami świata.
Jeżeli czytając ten scenariusz, odnajdujesz w nim sposób myślenia bliski temu, jak wyobrażasz sobie własny dom, zapraszam do współpracy projektowej. Możemy zacząć od indywidualnej analizy działki i sprawdzenia, jaki potencjał ma na niej wybrana typologia. To pierwszy etap, podczas którego konfrontujemy ideę z miejscem, przepisami, możliwościami inwestycji i codziennymi potrzebami przyszłych mieszkańców.
Nie chodzi więc o kupienie gotowego DOMU–ARCHETYPU. Punktem wyjścia jest scenariusz, natomiast właściwy projekt powstaje już dla konkretnego miejsca i konkretnego człowieka.
Właśnie w ten sposób chciałbym rozwijać „52 domy”. Jako zbiór nieoczywistych typologii, które mogą pozostać eksperymentami na papierze, ale mogą również stać się początkiem realnej architektury.
Jeżeli któraś z nich jest bliska temu, czego szukasz, możemy sprawdzić, co stanie się z nią na Twojej działce.